Statek Kultury TV

Adama Modzelan & Rafał Polak

MATE

Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn

Mateusz Radź (Topcut)

Topcut – wieczór z muzyką maszyn

W sobotę 28 kwietnia na Statku Kultury wystąpił Mateusz Radź aka Topcut.

Wiecie co to synteza granularna? W kontekście tworzenia muzyki elektronicznej przypomina to nieco nurkowanie: zejście pod powierzchnię generowanego dźwięku i poszatkowanie go, zatomizowanie w czasowej mikroskali na niezliczoną ilość tycich „granulek”. Zanurzamy się, zostawiając makroskopową, dostępną na co dzień naszym uszom audiosferę za sobą; owe atomy, najdrobniejsze (a mówiąc ściślej – najkrótsze) perełki, które się na nią składają, muzyk może kształtować na niespotykane w normalnych konstrukcji dźwięku sposoby: rozpraszać, skupiać, przestawiać, bełtać w ich parametrach i z chaosu cząstek dowolnie formować przeróżne grupy, chmury, chmary i strumienie – raczej stany niż obiekty, bez jasno określonych granic czy kształtów, za to o wielkiej wewnętrznej złożoności.

W sobotni, odurzony cigacicką wiosną wieczór, wniósł na pokład swoje maszyny alchemiczne i w takie właśnie głębiny poprowadził nas Mateusz Radź, znany jako Topcut. Działając od wielu lat na polu muzyki elektronicznej i klubowej, solo i w licznych kolektywach (City Inside Art, FoxHole, Don’t Shelest), dzieląc sceny z takimi sławami jak Jeff Mills, Bonobo czy Michał Urbaniak, Topcut dał się szerzej poznać jako świetny dj, producent, a w szczególności mistrzowsko skreczujący turntablista. Można jednak powiedzieć, że z czasem coraz bardziej wypełzają na wierzch jego skłonności do eksperymentu, wymagającego raczej prawdziwej eksploracji niż wirtuozerii – do poprowadzenia słuchacza w nieznane rejony, znacznie mniej oczywiste i łatwe niż muzyka rozrywkowa. W ramach tych inklinacji, przerzuciwszy się pewien czas temu z Poznania do Berlina, w ukryciu przed uszami szerszej publiczności, Topcut zaczął na dobre rozbudowywać własny zestaw syntezatorów modularnych, czyli działających w systemie niezależnych modułów, odpowiadających za osobne funkcje generowania i przekształcania sygnałów dźwiękowych. Tak więc w poniekąd dość ekskluzywnej odsłonie, z tymże zestawem, wyglądającym trochę jak sprzęt szalonego naukowca z filmu s-f z lat 70-tych, ten elektroniczny szaman dźwięku trafił na wody cigacickiego portu, na dolny pokład Statku Kultury.

Mateusz Radź (Topcut)

Występ został podzielony na dwie części: pierwsza, grubo ponad godzinna, bardziej przypominająca formułę regularnego koncertu, oparła się w dużym stopniu na tajemniczych, ambientowych, rezonujących w całym ciele przestrzeniach, przeplatanych potężnymi, granularnymi rozbłyskami, które wprawiały w drżenie całą barkę, czyniąc z niej jeden potężny instrument i przenosząc dźwiękowe fale w czarne lustro wód portu. Mimo, że dalekim źródłem części mielonych granularnie przez moduły dźwięków były nagrania terenowe rzeczywistego otoczenia, to jednak niesamowita precyzja, przejrzystość i szklistość każdego takiego strzału czy dźwięko-stanu wytyczała całej sytuacji wymiar nierealności, „kosmiczności”: na pewien czas statek, wraz z zaokrętowaną publicznością, stał się dźwiękowym, wibrującym wehikułem, prowadzącym na drugą stronę krystalicznej czarnej tafli, oddychającej czysto drganiami kadłuba w żółtych refleksach nabrzeżnych latarni. Za tę potęgę i nieskazitelność dźwięku odpowiadał nie tylko Topcut i nie tylko magiczna akustyka w drewnie dolnego pokładu, ale też znakomite nagłośnienie, którego czarodziejem jest Jarek Mizera z zaprzyjaźnionej firmy Lokis Perfect Sound z Wrocławia i które regularnie będzie obsługiwać koncerty na Statku Kultury.

Druga część występu przeznaczona została specyficznie do snu: publiczności, w ramach ceny biletu zafundowano nocleg na barce, którego niestrudzonym audio-nawigatorem do samego rana był oczywiście Topcut. Muzyka nabrała bardziej ambientowego, samoprocesującego się charakteru, czegoś na kształt słuchowiska snującego opowieść do nocnego mikro-życia statku, zawsze pełnego drobnych skrzypnięć, potarć i trzasków. Gdzieś nad ranem, w półsennym transie chwyciłem za waterphone – jedyny akustyczny w arsenale Mateusza, wymyślony pod koniec lat 60-tych, wodno-smyczkowo-perkusyjny instrument – a jego nieziemskie, pełne pogłosu z innych planet brzmienie zaprowadziło mnie na powrót w sen, dosłownie w trakcie pocierania smyczkiem o jego pręty. Zasypiając, pamiętałem przez mgłę jedno wrażenie: gdy wcześniej owej nocy, podczas występu, nad gładziutką do tej pory taflą wody zerwała się gwałtowna ulewa. Krople deszczu wybuchały w ciemnej toni milionami koncentrycznie rozchodzących się granulek, tworząc razem z dźwiękami wydobywającymi się ze statku jeden wibrujący rój.

Posłuchajcie i obejrzyjcie psychodeliczne video z fragmentu koncertu!

muzyka: Mateusz Radź (Topcut)
video: Leszek Garstka (leszekgarstka.com)
tekst: Michał Joniec